Santa Rosa….

Santa Rosa….i zwiedzanie muzeum motoryzacji….później Shamrock….
i wszystko przy drodze Route 66….

niech korzystają….w końcu to już ostatni tydzień podróży…..
a jeszcze około 2 tysiące kilometrów przed nimi….

a ja już się doczekać nie mogę…

u nas za to zimno…..tylko 13 stopni….
i pada….
a mówiłam, że zdecydowanie lepiej jak jest ciepło….
ale byli tacy co narzekali…..że za ciepło…że nie da się oddychać….
a teraz marudzą, że za zimno…
no nie dogodzisz…..

Santa Fe…

Santa Fe….Święta Wiara…..miejsce silnie związane z kulturą Indian….
ktoś kiedyś powiedział, że żaden człowiek nie jest wyspą…..
i te słowa padły właśnie ze względu na Santa Fe….

spotkanie z Indianinem z pewnością musi być wyjątkowe…..
ich podejście do życia często mnie zaskakuje….
oglądając Ich czuję zarówno podziw jak i duży strach…..
zazwyczaj boimy się tego czego nie znamy….

dla nich to my jesteśmy dzicy…..

Indian….to też motocykl …..motocykl marzenie…..
miałam okazję na takim jeździć….
bardzo wygodny sprzęt…..może trochę zbyt głośny….
ale komfort jazdy wyjątkowy….

wracając do wczorajszego tematu o marzeniach…..
tak…marzę …..o wielu rzeczach…..o tym, że kiedyś będzie nas stać min. na taki motocykl…..
Kocurek byłby szczęśliwy….a moim marzeniem jest to żeby tak właśnie było…..

szkoda , że nie ma mnie przy nim kiedy zwiedza te wszystkie miejsca….
ale pojechać tam to było właśnie Jego marzenie…..
a jeśli się kogoś bardzo kocha to nie można go ograniczać….
nie można zamykać w klatce….
ale jeśli tylko nadarzy się okazja…trzeba pozwolić mu spełniać marzenia…..

teraz Kocurek spełnia swoje…..
a ja jestem szczęśliwa Jego szczęściem….

jak widać moc Santa Fe dotarła aż do Bydgoszczy…..:)))

….

Tombstone…..miasteczko, które nazwę są wzięło od kopalni srebra…
ja tam nie ma nic przeciwko dużej ilości srebra….
i z pewnością nie posiadam jeszcze wieluuuuu srebrnych śliczności….
więc nie mam nic przeciwko srebrnym kopalniom…..:)))

i tak sobie marzę o Paryżu…..z Jareckim…..
i o Włoszech…..
i bukiecie róż…..

ostatnie najbardziej realne….:))

……

Wielki Kanion….i chyba nie trzeba mówić nic więcej….
szklany pomost to chyba najwyższy balkon na świecie…
widoki zapierające dech w piersiach…..

za to pierwsze dni w szkole dostarczyły nam nowych lokatorów….
na głowie….
Młoda przyniosła ze szkoły wszy…..
a ja oczywiście je od niej przejęłam…..
i teraz we dwie mamy drapiący kłopot….
a to dopiero początek roku szkolnego…..
zdecydowanie wolałabym inne niespodzianki….

….

Najpierw Seligman….
pierwszy przystanek na najdłuższym odcinku historycznej Route 66…..
dawniej Seligman nazywano „Prescott Junction”, ponieważ był to przystanek kolejowy na skrzyżowaniu głównej linii Santa Fe z linią Prescott i Arizona Central Railway…..

później Flagstaff – u podnóża gór San Francisco o najwyższym łańcuchu górskim w stanie Arizona …..z niekończącymi się przecudnymi widokami….

tak wygląda na dziś plan dnia Kocurka……
a to tylko część z historycznej Route 66……..

a u nas znacznie skromniej……pierwszy dzień lekcji w nowym roku szkolnym….
Młoda póki co ma ogromny zapał do nauki….
już dziś siedziała nad książkami….
a ja jestem pełna nadziei , że ten zapał zostanie na dłużej….

za to Trusia codziennie….niezmiennie szuka Pana……
i jakoś znaleźć nie może……

niech szuka dalej……

…..

wczorajszy dzień z Harley – Davidson został uznany za bardzo udany..

co prawda angażu do filmu nie dostali ale co tam….:))
dziś na trasie Route 66 urokliwe miasteczko Kingman i zwiedzanie muzeum….
później Oatman…czyli byłe miasteczko górnicze, gdzie można spotkać na ulicy spacerujące osły….
kiedyś podobno odnaleziono tam złoto…kto wie może i dziś Czarne Góry kryją jeszcze wiele tajemnic…..

u nas uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego i przeogromny ból głowy….
niestety migrena znowu wróciła….
a to oznacza, że pójdę spać z kurami….
byle tylko było ciemno i nie dochodziły żadne dźwięki….
kolejna tabletka przestała działać….

dam radę….twarda jestem….:PPP

tęsknię za Kocurkiem…..
jeszcze 12 dni…..
oby szybko minęły….

….

plan na dziś bardzo ambitny…
najpierw wypożyczenie motocykla a później Santa Monica….Beverly Hills i oczywiście Hollywood:)))
filmowa podróż…..a mój Kocurek jest dziś najważniejszym aktorem dnia:)))
kto wie….może z jakąś nagrodą wróci…

a u nas ostatni dzień sierpnia….
od jutra wracamy do bardzo wypełnionego planu dnia….
koniec laby….czas na naukę….
oby Młodej bardzo się chciało….
bo teraz to już szósta klasa….
nie ma taryfy ulgowej…..nawet przez chwile….
od pierwszego dnia ruszamy ostro z kopyta…

obyśmy dotrwali do końca…..

….

California dreams…i Los Angeles…..Miasto marzeń….
miasto gwiazd i gwiazdeczek….

być może gdzieś tam po ulicy chodzi Vin Diesel….
albo prawdziwy Terminator…..:))

wolałabym jednak spotkać tego pierwszego….:))
Kocurek pewnie wolałby Arniego….:P

a u nas ostatni weekend wakacji….upalny weekend….
czyli taki jak lubię…

ku mojemu porannemu przerażeniu ilość siwych włosów okazała się jeszcze większa niż wczoraj…
spodziewałam się, że pod czas nieobecności Jareckiego będę siwieć…..ale nie sądziłam, że aż w takim tempie…
na szczęście ludzie wymyślili farby do włosów…:)

samopoczucie trochę lepsze….
siły powoli wracają…
nie miałam ich dość żeby pojechać do Krużewnik…..
może za tydzień się uda….

tymczasem odpoczywam prze kolejnym ciężkim tygodniem….

Arizona i Wielki Kanion….
446 km długości i 1600 głębokości….
piękno w całej swojej krasie….

a później kierunek Nevada …….i Las Vegas
miasto gier hazardowych oraz wyszukanych restauracji….czyli jak mówią Miasto Grzechu…

oby Kocurkowi nie przyszło do głowy żeby w jakikolwiek sposób tam grzeszyć:PPP
bo rozgrzeszenia nie będzie…..

za to u mnie dziś popołudniu nastąpił spadek endorfiny….
mały kryzys….
z tęsknoty…..braku chyba wszystkiego…..
i złość na samą siebie, że nie umiem cieszyć się z tego co mam…
i że nie umiem zapanować nad emocjami…
za to młoda zachwycona ogłada Eskę i wielki koncert ze Szczecina….
i co chwile z okrzykiem radości komentuje to co się dzieje na scenie….
fajnie być takim zadowolonym dzieckiem….

…..

Oljato Monument Valley…koniecznie trzeba zobaczyć….
wzgórze piaskowców i płaskowyże aż po zachwyt…
widok słynnej drogi z Foresta Guma….
17 kilometrów drogi gruntowej po które mam nadzieje Webster pobiegł niczym Forest….
ta droga nie tylko nadaje się do biegu…..ale i do jazdy motocyklem…..
i aż troszkę żałuję, że mnie tam nie ma….

żałuje też, że nie mam kontaktu z Piotrem K.
posłuchałabym znowu jak gra na gitarze….
jak opowiada o swoich podróżach…przygodach
to jedna z niewielu osób z przeszłości, której mi brakuje….
jak widać drogi do niektórych osób nie da się znaleźć….
bo niektóre drogi są niewidoczne dla naszych oczu…..