….

Piątunio…..dzień oczekiwania….dzień wylotu z Chicago….
kierunek Rzym……później Warszawa…..Bydgoszcz…
odliczamy godziny….

a żeby nie zwariować i nie zadręczać się myślami poszłam z Młodą i jej koleżanką na koncert Margaret…..\
sam koncert całkiem fajny….
nie jestem jej fanką ale dziewczyny i owszem….
ogólny pisk …kwik….i euforia młodych ludzi…..

organizacyjnie lipa…..
mało miejsca….tłoczno….duszno….
jak dla mnie w złym miejscu….
i ledwie kila rozdanych autografów bo gwiazda jest zmęczona….
i tylko na płytach…..
marne kilka zdjęć dane od niechcenia…..

zaatakowałam z boku gdzie koleś szedł z całą stertą zdjęć co by zdobyć dla dziewczyn ale jedyne co usłyszałam to że Margaret jest zmęczona….

jakieś dziecko zostało stratowane…
a ja zamiast iść w przeciwnym kierunku to szłam do tego dziecka bo przez ten tłum myślałam , że to Martyna….ma taką samą bluzę….
przez chwile zamarłam….dopiero po kilku sekundach do mózgu doszła informacja, że dziś moje dziecko jest ubrane w inne rzeczy…

a dziewczyny widziały moją reakcje z drugiej strony sceny i szybko podbiegły do mnie…..
dopiero wtedy nogi zaczęły mi dygotać…
szczęśliwa, że obie są całe i zdrowe zdecydowałam, że wracamy do domu….
i tak to zakończyłyśmy przygodę z Margaret….

samolot właśnie wystartował…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.