…..

ja dużo jestem w stanie zrozumieć….
ale żeby nie spać dwie noce z rzędu przez komary to już chyba przesada prawda?!
nie dość że gryzą to jeszcze latają i brzęczą……
oszaleć można….
zrobiło się chłodniej i lgną do mieszkań jak szalone…
wkurzenie sięga zenitu….
mamy więc akcję wybijanie….

…..

No i jesteśmy już w komplecie…
Kocurek cały i zdrowy a przede wszystkim szczęśliwy dojechał do domku….
ku mojej ogromnej radości nawet wcześniej niż się spodziewałam….
przynajmniej mieliśmy więcej czasu na witanie….

biedny mało póki co śpi….bo musi się przestawić…ale mam nadzieje, że potrwa to góra 3 dni….

tymczasem mogę głaskać…tulić całować do woli….
nadrabiam zaległości:))))

….

Piątunio…..dzień oczekiwania….dzień wylotu z Chicago….
kierunek Rzym……później Warszawa…..Bydgoszcz…
odliczamy godziny….

a żeby nie zwariować i nie zadręczać się myślami poszłam z Młodą i jej koleżanką na koncert Margaret…..\
sam koncert całkiem fajny….
nie jestem jej fanką ale dziewczyny i owszem….
ogólny pisk …kwik….i euforia młodych ludzi…..

organizacyjnie lipa…..
mało miejsca….tłoczno….duszno….
jak dla mnie w złym miejscu….
i ledwie kila rozdanych autografów bo gwiazda jest zmęczona….
i tylko na płytach…..
marne kilka zdjęć dane od niechcenia…..

zaatakowałam z boku gdzie koleś szedł z całą stertą zdjęć co by zdobyć dla dziewczyn ale jedyne co usłyszałam to że Margaret jest zmęczona….

jakieś dziecko zostało stratowane…
a ja zamiast iść w przeciwnym kierunku to szłam do tego dziecka bo przez ten tłum myślałam , że to Martyna….ma taką samą bluzę….
przez chwile zamarłam….dopiero po kilku sekundach do mózgu doszła informacja, że dziś moje dziecko jest ubrane w inne rzeczy…

a dziewczyny widziały moją reakcje z drugiej strony sceny i szybko podbiegły do mnie…..
dopiero wtedy nogi zaczęły mi dygotać…
szczęśliwa, że obie są całe i zdrowe zdecydowałam, że wracamy do domu….
i tak to zakończyłyśmy przygodę z Margaret….

samolot właśnie wystartował…

Ostatni dzień w Chicago…..plan zrealizowany w 100%…
teraz najważniejsze, żeby szczęśliwie dolecieli do Polski…..
a potem jeszcze droga z Warszawy do domu……
czekają mnie teraz dwa z najdłuższych dni życia….

a potem ogromna ulga….i radość…

idę czekać…

Chicago…

Chicago…..najpierw początek….a teraz ostatni etap wycieczki….
dziś….jutro….i tak do piątku…
z jednej strony chce się wracać do domu a z drugiej nadal zostać w świecie marzeń…
doskonale Kocurka rozumiem….
trudno zostawiać to co miłe i przyjemne….

ale tu my czekamy…..pełne miłości….
i przyjmiemy Go z otwartymi ramionami…..:))

Elbow Inn….

Elbow Inn….
fajny bar z ekscentrycznym wystrojem…..(wiszące biustonosze przy suficie)….
z szafą grającą i muzyką country…a do tego z dobrym jedzonkiem….
w towarzystwie oczywiście motocyklistów…

później Fanning ……i największy chyba na świecie fotel bujany…

następnie Saint Louis…..z ikoną miasta czyli łukiem…podobno najwyższym pomnikiem budowlanym w USA…..
a kolejny etap to Mount Olive w Missouri i koniec w Bloomington…
czyli bardzo bogaty dzień…..

chłopacy na końcówce chwytają ile się da….

a ja nieopacznie coś wcisnęłam…..chyba…. i nie działa mi facebook….
się rozjechał….totalnie….
wszystkie inne strony pomykają bez zarzutów a ta jedna się rozjechała i nic nie można zrobić…
ani wylogować….ani poczytać…..ani nic zaznaczyć…..
a mój prywatny informatyk gdzieś po Hiszpanii aktualnie biega….
a ja na wszystkie sposoby kombinuje i nic….

jak popsuć to tak, żeby nikt nie wiedział jak to zrobiłam….

no ja wiem, że jestem zdolna ale nie przypuszczałam, że aż tak…..

….

Słynna Cafe on the Route w Baxter Springs……
tyle opinii o tym miejscu co ludzi zatrzymujących się tam na jedzonko…
czy chłopakom smakowało dowiem się z opóźnieniem…

a że Jarecki wybredny nie jest to będzie zadowolony…:))))

a u nas zimno….nawet bardzo zimno….
i tylko myśl, że do soboty już tak niewiele czasu , rozgrzewa mnie na tyle wystarczająco, żeby nie marznąć….

Santa Rosa….

Santa Rosa….i zwiedzanie muzeum motoryzacji….później Shamrock….
i wszystko przy drodze Route 66….

niech korzystają….w końcu to już ostatni tydzień podróży…..
a jeszcze około 2 tysiące kilometrów przed nimi….

a ja już się doczekać nie mogę…

u nas za to zimno…..tylko 13 stopni….
i pada….
a mówiłam, że zdecydowanie lepiej jak jest ciepło….
ale byli tacy co narzekali…..że za ciepło…że nie da się oddychać….
a teraz marudzą, że za zimno…
no nie dogodzisz…..

Santa Fe…

Santa Fe….Święta Wiara…..miejsce silnie związane z kulturą Indian….
ktoś kiedyś powiedział, że żaden człowiek nie jest wyspą…..
i te słowa padły właśnie ze względu na Santa Fe….

spotkanie z Indianinem z pewnością musi być wyjątkowe…..
ich podejście do życia często mnie zaskakuje….
oglądając Ich czuję zarówno podziw jak i duży strach…..
zazwyczaj boimy się tego czego nie znamy….

dla nich to my jesteśmy dzicy…..

Indian….to też motocykl …..motocykl marzenie…..
miałam okazję na takim jeździć….
bardzo wygodny sprzęt…..może trochę zbyt głośny….
ale komfort jazdy wyjątkowy….

wracając do wczorajszego tematu o marzeniach…..
tak…marzę …..o wielu rzeczach…..o tym, że kiedyś będzie nas stać min. na taki motocykl…..
Kocurek byłby szczęśliwy….a moim marzeniem jest to żeby tak właśnie było…..

szkoda , że nie ma mnie przy nim kiedy zwiedza te wszystkie miejsca….
ale pojechać tam to było właśnie Jego marzenie…..
a jeśli się kogoś bardzo kocha to nie można go ograniczać….
nie można zamykać w klatce….
ale jeśli tylko nadarzy się okazja…trzeba pozwolić mu spełniać marzenia…..

teraz Kocurek spełnia swoje…..
a ja jestem szczęśliwa Jego szczęściem….

jak widać moc Santa Fe dotarła aż do Bydgoszczy…..:)))

….

Tombstone…..miasteczko, które nazwę są wzięło od kopalni srebra…
ja tam nie ma nic przeciwko dużej ilości srebra….
i z pewnością nie posiadam jeszcze wieluuuuu srebrnych śliczności….
więc nie mam nic przeciwko srebrnym kopalniom…..:)))

i tak sobie marzę o Paryżu…..z Jareckim…..
i o Włoszech…..
i bukiecie róż…..

ostatnie najbardziej realne….:))